Już dobry ponad tydzień temu minął od wyjazdu (nie)rekreacyjnego.
Nie napiszę, że się bawiłem ponieważ tego nie robię. Phi. Zamiast tego hmmm... Stało się coś, co raczej, a nawet kategorycznie nie powinno. Mam na myśli to tam na górze... z... z tym całym TaeMin'em(nazywajmy rzeczy po imionach). Nie zdradzę co, bo nie warto. Oboje niestety wiemy i pewnie pamiętamy. Zdecydowanie byłoby lepiej gdyby nie, ale cóż... Pamięci mu nie wymażę.
Kurwaaaaa.
Co ja zrobiłem... Jeszcze sobie nie wiadomo co pomyślał. Na przykład, że go lubię czy coś takiego. Eheee. Oczywiście. Rzygam tęczą gdy tylko cię widzę, a z mojej dupy lśniący obłoczek miłości się wydobywa, na którym to pędzę po tym bezchmurnym niebie o zachodzie słońca wraz z twoją osobą i radośnie trzymamy się za ręce, uśmiechając jak zakochani idioci.
STOP. Koniec pindziowatych (czyt. Kejowych) opisów. Danger Danger. Ijooijooo. Chyba już mi kompletnie odbija przez tego tamtego do towarzystwa i jego psychoterapię na poziomie profesjonalisty. Chwila, a tak w ogóle to nie miało być o wyjeździe...? A pyton z tym... Aaa... Jeszcze to podłapałem od tej zgrai... Za dużo czasu z nimi spędzam. Trudno tego nie robić, skoro się z Key'em zaprzyjaźnili... W dodatku taki wielkooki się jeszcze przypałętał! Key ma coś do niego, on do dziwka, a ten do mnie. Zrobimy se czworokącik. Wspaniale. Każdy z każdym, a potem jeszcze przeplatanie i wszyscy razem!
Żyć, nie umierać. Ahahahaha. Bardzo śmieszne, Kim JongHyun.
Żegnaj, i tak nigdy nie nadchodząca weno!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz